DZIAŁALNOŚĆ KULTURALNA - Projekty

2009 (plany)

  • Przegląd filmowy: „Schlöndorffretrospektive“ (grudzień 2009)
     
  • Udział w projektach Goethe-Institut

 

2008


2007


  • Przegląd filmowy „Europa się śmieje, pogodna strona europejskiej różnorodności”
  • Wystawa „Współczesna ilustracja książkowa w Niemczech”, we współpracy z Goethe-Institut Warszawa i Domem Kultury LSM.
  • Warsztaty z Katją Wehner, ilustratorkę niemiecką.


2005/2006

  • Wystawa multimedialna „Herzliche Grüße” we współpracy z Centrum Kultury w Lublinie

 

  • Festiwal filmu niemieckiego: „Młode kino niemieckie – najlepsze filmy 1995-2005”, we współpracy z Goethe-institut w Warszawie i Chatką Żaka w Lublinie, na którym w marcu i kwietniu 2006 pokazano 20 filmów

 


Opisy projektów



2007

Przegląd filmowy „Europa się śmieje, pogodna strona europejskiej różnorodności”


„Europa się śmieje


pogodna strona europejskiej różnorodności”

Przegląd filmowy z okazji przewodnictwa Niemiec
w Radzie Europy 2007

 

Organizatorzy: Goethe-Institut w Warszawie, Silver Screen w Warszawie, Kino Chatka Żaka UMCS w Lublinie, Gdańskie Centrum Filmowe "Neptun - Helikon - Kameralne"


Współpraca: Goethe-Zentrum Lublin/Dethloff Deutschschule, Ambasada Republiki Federalnej Niemiec, Ambasada Szwecji, Duński Instytut Kultury


Patronat medialny: polen-rundschau


7-13.05.2007 Lublin, Chatka Żaka ACK UMCS, ul. Radziszewskiego 16
http://www.chatkazaka.kina.lublin.pl/


W dniu 1 stycznia 2007 r. Niemcy przejęły na sześć miesięcy przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej. W okresie niemieckiej prezydencji przypada 50. rocznica powołania do życia traktatów rzymskich. Dzięki podpisaniu tych traktatów idea zjednoczenia Europy przestała być wizją, przybrała konkretny charakter: przed 50 laty sześć europejskich krajów zachodnich - Niemcy, Francja, Włochy, Holandia, Belgia i Luksemburg - utworzyło Europejską Wspólnotę Gospodarczą. Ze struktury tej rozwinęła się Unia Europejska, w skład której wchodzi dziś 27 państw członkowskich. Od roku 2004 do Unii Europejskiej należy także Polska. Ostatnie poszerzenie Unii Europejskiej odbyło się 1 stycznia 2007 roku, kiedy to Rumunia i Bułgaria uzyskały statut państw członkowskich. Dziś Unia Europejska jest symbolem obrony godności człowieka, pokoju i wolności, tolerancji i solidarności, jak również demokracji i praworządności.


Z okazji tego szczególnego półrocza dla Niemiec Goethe-Institut w Warszawie przedstawia Państwu przegląd filmowy zatytułowany „Europa się śmieje - pogodna strona europejskiej różnorodności”. Siedem filmów, komedii społeczno-obyczajowych, będących reprezentantami nowego gatunku kina europejskiego zwanego „culture clash comedies“ (komedie zderzeń kultur) porusza kwestie należące do najpoważniejszych zagadnień z życia dzisiejszych społeczeństw
europejskich. Podłoże tematyczne dla tych filmów stanowią bowiem: migracja, utrata ojczyzny, samotność i konflikty społeczne. Tragikomiczne spojrzenie na tego typu problemy pomaga złagodzić lub nawet całkowicie pokonać zaistniałe sytuacje, przyczynia się do tego, by się wzajemnie lepiej zrozumieć i zbliżyć się do siebie. Wybrane filmy opowiadają o emigrantach, m.in. o Niemcach w Polsce, Szwedach w Hiszpanii, Brytyjczykach we Francji, Turkach w Niemczech. Pokazują, że spotkania ludzi o odmiennych kulturach nie muszą prowadzić do dramatycznego zderzenia obyczajowych różnic, że możliwe jest wzajemne przenikanie społeczeństw i jednostek w zaistniałej nowej rzeczywistości.



Opis filmów


Kebab Connection
Niemcy 2004, 99 min.


reżyseria: Anno Saul
szenariusz: Fatih Akin, Ruth Thoma, Jan Berger, Anno Saul
producent: Stefan Schubert, Ralph Schwingel, Dirk Hamm, Hejo Emons
zdjęcia: Hannes Hubach
muzyka: Marcel Barsotti


Zakazana miłość Turka i Niemki w scenerii wielokulturowego Hamburga, plus konflikt między dwoma rodzinami, turecką i grecką na gruncie gastronomicznym. Ibrahim alias Ibo to młody hiphowiec, niespełniony filmowiec, który jest fanem Bruce’a Lee i chce nakręcić pierwszy niemiecki film o kung-fu. Tymczasem jego wuj Ahmed, właściciel kebabowni, ma pomysł by ostatecznie pokonać konkurencję ze strony greckiej tawerny. Zleca bratankowi nakręcenie reklamówki restauracji. Początkowo kontrowersyjna reklama staje się kultowa, wszystko wydaje się rozwijać doskonale po myśli Ibo. Sytuacja zmienia się, kiedy jego dziewczyna, początkująca aktorka, oznajamia, że jest w ciąży i chce urodzić dziecko. Ibo zostaje wyklęty przez swoją konserwatywną rodzinę i musi zacząć życie na własną rękę, a Titzi też nie chce go znać. Zanim chłopak wreszcie zrozumie, że życie to nie tylko zabawa, będziemy świadkami masy śmiesznych nieporozumień i komicznych sytuacji. Ten film to nie tylko dobra i mądra komedia, ale też zręczna zabawa motywami filmowymi i cytatami.


Jeden dzień w Europie - One Day in Europe
Niemcy/Hiszpania 2005, 93 min.


reżyseria: Hannes Stöhr
szenariusz: Hannes Stöhr
producent: Maren Wölk, Simone Arndt
zdjęcia: Florian Hoffmeister
muzyka: Florian Appl


Cztery miasta, osiem języków i fala napadów w dzień finału piłkarskiej Ligi Mistrzów. Witamy w Europie.
Oto cztery barwne, pełne humoru opowieści o ekscentrycznych postaciach i zabawnych nieporozumieniach, do których nierzadko prowadzą próby nawiązania kontaktu pomiędzy różnymi kulturami. Wszystkie historie rozgrywają się jednego dnia w różnych miastach, a problem bariery językowej doprawiony jest zamieszaniem innego rodzaju: w tym właśnie dniu cała Europa emocjonuje się finałem piłkarskiej Ligi Mistrzów, który rozgrywają w Moskwie drużyny Galatasaray Istambuł i Deportivo La Coruna...
Reżyser Hannes Stöhr w swym drugim filmie fabularnym w interesujący i pełen uroku sposób pokazuje Europejczyków, którzy poznają się, podróżują, przyjeżdżają i wyjeżdżają, czasem nie mogą się porozumieć, a czasem bardzo się do siebie zbliżają.


Offset
Niemcy/Rumunia 2005, 110 min.


reżyseria: Didi Danquart
scenariusz: Cristi Puiu, Razvan Radulescu
producent: Boris Michalski
zdjęcia: Johann Feindt
muzyka: Klaus Buhlert


Bukareszt jest dziś metropolią w kolorze sepii, z nostalgią wspominającą swoje bulwary, okazałą architekturę i kosmopolityczny urok. A przecież nadal mógłby być Paryżem Wschodu, gdyby nie rany zadane przez wieloletni terror aparatu władzy, rządzącego przy pomocy strachu i represji.
To właśnie tu rozwija się opowieść o Feliksie, Brindusie i Nicu. Nicu Iorga jest mężczyzną w średnim wieku, właścicielem dużej drukarni, niekwestionowanym „panem na swoich włościach”... Feliks to młody inżynier, który przyjechał z Niemiec, aby zainstalować nową maszynę offsetową w jego firmie ... Brindusa, tłumaczka, sekretarka i była kochanka Nicu, zakochała się w Feliksie... Młody Niemiec chce poślubić dziewczynę i zabrać ją do Niemiec. Wszystko byłoby proste, gdyby nie Nicu, w którym wrze wybuchowa mieszanka wściekłości i zazdrości wobec Zachodu, a zwłaszcza wobec Feliksa.
Jest to dramat miłosny o nieporozumieniach – językowych, kulturalnych i emocjonalnych – które są odbiciem lęków i uprzedzeń w kontaktach między ludźmi z różnych narodów i kultur.


Reality Shock
Niemcy/Polska 2005, 76 min.


reżyseria: Stanislaw Mucha
scenariusz: Stanislaw Mucha
producent: Stanislaw Mucha
zdjęcia: Krzysztof Pakulski
muzyka: Billy’s Band


„Reality Shock” to absurdalna komedia w paradokumentalnej stylistyce, którą Stanisław Mucha dopełnia swą trylogię o Europie Wschodniej. Po "Absolucie Warhola" i "Środku Europy", „Reality Shock” ukazuje intrygującą i niewinną grupę ludzi, którzy przez polityczne i ekonomiczne zmiany związane z poszerzeniem Unii Europejskiej, wyrwani zostają ze stagnacji i obyczajowego wyizolowania. Zaniepokojeni, zdezorientowani a nawet i obojętni podejmują na swój dziwaczny sposób próbę kontaktu z "nową erą". W cuchnącym obskurnym barze z czasów kultu Lenina, pośród podpitych grabarzy, „obiecujących” przedszkolaków i osobliwych leśnych skrzatów reżyser znajduje punkt wyjścia dla historii o grupie "obcych", dla których pomysł zjednoczonej Europy wydaje się być równie abstrakcyjny jak UFO, które kiedyś zresztą rzekomo na tych ziemiach wylądowało.
Polska u progu wejścia do Unii Europejskiej. Na granicy z Białorusią i Ukrainą reżyser Stanisław Mucha przedstawia specyficznych ludzi w barze jeszcze z czasów Lenina, m.in. dwóch grabarzy i skrzata. Co takie społeczne wyrzutki mieszkające na „marginesie” Europy sadzą o idei Unii Europejskiej? Film kończący wschodnioeuropejską trylogię czasem śmieszy, pozostaje jednak przy tym zbyt neutralny.


Środek Europy – Die Mitte

Niemcy/Polska 2004, 85 Min.


reżyseria: Stanislaw Mucha
scenariusz: Stanislaw Mucha
producent: Dieter Reifarth
zdjęcia: Susanne Schüle
muzyka: Moritz Denis, Eike Hosenfeld


Gdzie znajduje się geograficzny środek Europy? Na powierzchni 2 tys. kilometrów, do bycia "centrum" kontynentu rości sobie prawo tuzin miejsc. Polski reżyser Stanisław Mucha przemierza Europę, zabierając widza w intrygującą, czasem zabawną, innym razem tragikomiczną odyseję wzdłuż i wszerz kontynentu, w poszukiwaniu tego jednego "prawdziwego serca” Europy, w której rzekomych takich miejsc nie brakuje. Film dokumentalny Muchy w pierwszej linii pokazuje impresje ze spotkań i krótkich konwersacji z prostymi ludźmi w wschodniej części Europy. To właśnie te opowjeści mówją nam, gdzie znajudje sie punkt środkowy, nie tylko Europy, ale też życia tych osób.


Włoski dla początkujących - Italiensk for Begyndere
Dania 2000, 108 min.


reżyseria: Lone Scherfig
scenariusz: Lone Scherfig
producent: Ib Tardini
zdjęcia:: Jørgen Johansson


"Włoski dla początkujących" to pełna uroku i ciepła historia, która rozpoczyna się przyjazdem młodego pastora do Kopenhagi. Tu spotyka grupę samotnych serc i wkrótce przyłącza się do nich, zapisując się na wieczorowy kurs włoskiego. Poznajemy perypetie trzydziestolatków bardzo różnych profesji - od kelnerki po restauratora i fryzjerkę. Każdy z nich szuka miłości, walczy z kompleksami i próbuje uwierzyć we własne siły.




Yalla, Yalla - Jalla! Jalla!
Szwecja 2000, 88 min.


Reżyseria: Josef Fares
scenariusz: Josef Fares
producent: Anna Anthony
zdjęcia: Aril Wretblad
muzyka: Daniel Lemma


Praca, jaką na co dzień wykonują Roro i jego najlepszy przyjaciel Mans to ich zdaniem najmniej „fajowe” zajęcie na świecie: oczyszczanie Parku Miejskiego z psich odchodów. Nie przeszkadza im to jednak uważać siebie samych za „fajowych” i beztrosko spędzać każdy kolejny dzień życia. Stres to jedynie puste słowo, aż do momentu, w którym spada na nich prawdziwa lawina problemów: oto pochodząca z Libanu rodzina Roro postanawia, że ten poślubi swoją kuzynkę Yasmin.
Yasmin nie ma na ów ślub równie ochoty co Roro, który kocha się w pięknej Szwedce Lisie. Aby jednak uspokoić rodzinę, oboje decydują się zachowywać tak, jakby całkowicie zgadzali się z wolą rodziców. Nie biorą przy tym pod uwagę opinii nieco narwanego brata Yasmin – Paula.
Przyjaciel Roro – Mans zaczyna mieć za to tajemnicze problemy z potencją. Kiedy jego dziewczyna rozpętuje z tego powodu prawdziwe piekło, Roro musi dosłownie chwytać się wszelkich sposobów, by zwalczyć kryzys…


 

 

 

Krzysztof Stanisławski

 


Make Love not War!

 


z okazji przeglądu filmów „Europa się śmieje - pogodna strona

europejskiej
różnorodności”


"My obywatelki i obywatele Unii Europejskiej szczęśliwie jesteśmy zjednoczeni" – to jedno z najważniejszych haseł Deklaracji Berlińskiej ogłoszonej oficjalnie w 50-rocznicę podpisania Traktatów Rzymskich, obchodzoną uroczyście w całej Europie, w weekend 24-25 marca 2007 r. Przy tej okazji prasę całego kontynentu i pewnie też niejednego czytelnika ogarnął podniosły nastrój: „Europa jest pokojowym mocarstwem, mającym ambicje oferowania światu nie tylko swoich towarów, lecz także swoich wartości. Szacunek dla bliźnich, przestrzeganie praw człowieka, przede wszystkim jednak tolerancja znajdują się na szczycie listy wartości” – pisał "Der Tagesspiegel".
A więc zastanówmy się jak to jest w tej naszej wspólnej, zjednoczonej, szanującej bliźnich, tolerancyjnej Europie? Politycy i parlamentarzyści nie są w stanie ratyfikować wspólnej konstytucji europejskiej, nadal istnieją granice pomiędzy Wschodem i Zachodem, choć zniesiono wizy i nawet nie są wymagane paszporty. Na dodatek do UE, głównie Polski i Niemiec napływają masy obywateli Ukrainy i Białorusi, nie mówiąc już o nielegalnych imigrantach z Azji i Afryki przedzierających się do Unii przez Polskę, ale także na statkach i tratwach bezpośrednio do Włoch i Hiszpanii. Nie mogąca się dogadać w swoich granicach Europa musi dogadywać się z nie-Europejczykami. I ten proces będzie dynamicznie narastał.
Zostawmy jednak politykę politykom, bo to społeczeństwa, czyli ludzie, tworzą obraz wspólnoty, zjednoczenia, to oni szanują lub nie bliźnich, są lub nie są tolerancyjni, albo po prostu lubią czy nie lubią innych nacji.
Owszem, problem niechęci czy braku sympatii nie ma większego znaczenia lub nawet nie istnieje, gdy nas nie obchodzi bezpośrednio. Raczej nie zastanawiamy się na co dzień czy lubimy Urugwajczyków lub czy ich wolimy od Chilijczyków. Cóż jednak, gdy problem dotyczy naszych sąsiadów i to nie tylko zza najbliższej granicy, lecz z tej samej ulicy czy klatki schodowej? Wtedy miernikiem i szansą na wytworzenie się nici sympatii i zrozumienia jest – choćby nawet elementarna - wiedza. Wiedza o sąsiedzie, którą – jeśli nie zdobywamy w szkołach – mamy okazję posiąść na ulicy, w sklepie i… kinie.
Film – zwierciadło naszej codzienności i rzeczywistości odnosi się właśnie to tych aspektów europejskiej integracji, z którymi nie radzą sobie politycy i dziennikarze. Pozostawiając kwestie konstytucyjne, dyplomatyczne, polityczne i uniesienia z okazji okrągłych rocznic, opowiada o ludziach i codzienności europejskiej. Przynajmniej te filmy, które znalazły się w programie przeglądu.
W większości przypadków to komedie społeczno-obyczajowe, gatunek dość popularny w kinie europejskim, który ochrzczono mianem „culture clash comedies”, co należy rozumieć jako „komedie zderzeń kultur”. Źródłem ich komizmu są różnice kulturowe, obyczajowe, religijne czy rasowe. Nic dziwnego, że przy tak poważnych założeniach to komedie nierzadko mało śmieszne, raczej bliżej im do satyry, a czasem dramatu lub tragikomedii, choć z optymistycznym zakończeniem. Och, broń Boże, nie happy endem, ale nie bez nadziei na szczęście. Dodać trzeba także na wstępie, że przeważają w programie „culture clash love comedies”, bo wszelkie różnice kulturowo-obyczajowe najwyraźniej widać, gdy młodzi ludzie po prostu się rozumieją, tolerują, szanują, lubią i kochają, a ich rodziny, otoczenie i cała reszta świata próbują im uzmysłowić, że to przecież niemożliwe, bo przecież tak wiele, a właściwie wszystko ich dzieli.

Najbliższy ideału „culture clash love comedy” jest “Kebab Connection” Anno Saula na podstawie scenariusza napisanego wspólnie przez reżysera, Fatiha Akina, Ruth Thoma i Jana Bergera. Twórczy współudział Akina wydaje się w tym wypadku najbardziej znaczący, gdyż to on od czasu „Głową w mur” stał się specjalistą od „tureckich tematów” w kinie niemieckim, w dodatku specjalistą najwybitniejszym i najbardziej kompetentnym, choćby z powodu swojego pochodzenia oraz doświadczeń życiowych i artystycznych. „Kebab connection” to bardzo swobodna trawestacja motywu Romea i Julii w scenerii turecko-grecko-niemieckiego Hamburga. Ibo (Dennis Moschitto), syn tureckiego taksówkarza i bratanek właściciela popularnej kebabowi, ma ambicje filmowe i kręci reklamówki. Jego „Król kebabu”, reklamujący lokal wuja, staje się dzielnicowym hitem. W rezultacie turecka knajpa pęka w szwach, natomiast elegancka grecka tawerna z gyros po drugiej stronie ulicy świeci pustkami, co wnerwia jej właściciela, ojca seksownej Nadine (Andrea Paula Paul). Ibo nie zwraca szczególnej uwagi na Greczynkę, gdyż kocha swoją niemiecką Titzi (Nora Tschirner), początkującą aktorkę (nota bene uczącą się roli Julii do egzaminu). Klasyczny konflikt rodów Monteków i Kapuletów nie przebiega więc na płaszczyźnie turecko-greckiej, lecz turecko-niemieckiej. I nie chodzi o niezgodę na małżeństwo, bo ojciec Ibo, początkowo przeciwny, sprzyja i pomaga przyszłej synowej. Oczywiście, mają świadomość różnic. Gdy Titzi jest wściekła, krzyczy do Ibo: „Ty Turku!”, co brzmi jak wyzwisko. Sam Ibo mówi o swoich krajanach: „Ci Turcy są szaleni”, godzi się nawet z poglądem, że „My, Grecy i Turcy, powinniśmy trzymać się razem”, w domyśle: „we wrogich Niemczech”. Nie ma się co łudzić, znajdują się po dwóch stronach barykady - Turek, Grek i Niemiec nigdy się nie zrozumieją. Jednak nie brak turecko-niemieckiego porozumienia jest tu największym problemem. Porozumienie turecko-niemieckie w postaci związku Ibo i Titzi jest faktem i to brzemiennym w skutki. I wszystko dobrze by się układało, gdyby nie niedojrzałość Ibo. Tak, dzisiejsi Romeowie, bez względu na narodowość, kolor skóry i wyznanie są przede wszystkim niedojrzali. I ta konkluzja ma charakter uniwersalny oraz bardzo europejski. Film, uwikłany od samego początku w przedstawianie sytuacji specyficznych dla społeczności tureckiej, greckiej czy turecko-niemieckiej, bazujący na zasadzie zderzania kultur, zwyczajów i odnajdujący komiczne aspekty tych zderzeń, w końcu mówi o ogólnoeuropejskim kryzysie związków pomiędzy młodymi ludźmi. W tym przypadku kryzysie zażegnanym w porę. Krzyk turecko-niemieckiego niemowlęcia w hamburskim szpitalu położniczym w obecności ortodoksyjnego dziadka i cudem dojrzałego ojca brzmi niemal jak przyszły hymn nowej Europy. Z uwzględnieniem wszystkich możliwych wariantów narodowościowych. I dzięki Bogu, bo najczęściej spotykaną, także na murach Warszawy, trawestacją hipisowskiego hasła, wykorzystanego w tytule tego tekstu, jest: „Make Love, not Children!”.
Wszystkie przeciwności pokonała miłość, brak uprzedzeń, tolerancja… Z małą pomocą dalszej i bliższej tradycji kina. W filmie Saula nie brak bowiem licznych nawiązań do dorobku poprzedników – na przykład do „Pancernika Potiomkina”, czarnej serii kina amerykańskiego z lat 40. i 50., filmów kung fu z Brucem Lee z lat 70. oraz „Matrixa” z końca lat 90. i początku nowego wieku. Twórcy „Kebab connection” (sam tytuł nawiązuje do „French connection”, czyli „Francuskiego łącznika” – kultowego kryminału z lat 70.) zdają się wierzyć w kino i jego uniwersalizm. Dzięki kinu mogą porozumieć się przedstawiciele wszystkich kultur i obyczajowości. Czyżby miał to być jeden z fundamentów europejskiej tożsamości i jedności? Czemuż by nie.

Okrzyknięty „Europejskim odkryciem 2001”, wyróżniony Nagrodą Fassbindera, film młodego Libańczyka, od 1987 r. mieszkającego w Sztokholmie, Jozefa Faresa, pt. „Jalla! Jalla!” to kolejna „culture clash love comedy”. Tym razem młodzi, niepoprawni, multinarodowi i multikulturowi kochankowie żyją w Szwecji, kraju uchodzącym za nadzwyczaj tolerancyjny i przyjazny dla obcokrajowców.
Roro (Fares Fares, prywatnie starszy brat Jozefa) pracuje w firmie konserwującej tereny zielone. Jego ojciec (Jan Fares, prywatnie ojciec Jozefa i Faresa) prowadzi sklep z pamiątkami, mówi po szwedzku, ale tylko w pracy, zaś w domu, w bloku, zamieszkałym w większości przez Arabów, gdzie króluje jego matka, ubrana w tradycyjny strój wieśniaczki libańskiej, obowiązuje język, obyczaj i tradycja kraju ojczystego. To reguła, która nie ma wyjątków. A tak się złożyło, że Roro te reguły złamał. Zakochał się w Szwedce Lisie (Tuva Nowotny). Oczywiście w tajemnicy przed rodziną. A rodzina to rzecz święta. I rodzina uznała, że należy Roro wyswatać z odpowiednią dziewczyną. Rzecz jasna Libanką – Yasmin (Laleh Pourkarim), w dodatku zagrożoną deportacją ze Szwecji, chyba że wyjdzie za obywatela tego kraju. Ojciec i brat wybranki (Leonard Tefreit) doprowadzają do spotkania młodych, organizują wszystko: randki, mieszkanie itp., nie są jednak w stanie przezwyciężyć jednego: oni nie tylko się nie kochają, ale mają zupełnie innych partnerów i godzą się na granie ról narzeczonych tylko ze względu na rodziny. Im bardziej ortodoksyjni, niedzisiejsi i po prostu śmieszni stają się przedstawiciele rodzin w staraniach o ślub Roro i Yasmin, tym bardziej oczywiste dla młodych jest szukanie wolności i miłości gdzieindziej. W dodatku najbliższy kumpel z pracy Roro, Szwed Mans (Torkel Petersson), który od dawna ma problemy z potencją w związku ze swoją szwedzką dziewczyną, zaczyna na poważnie interesować się Yasmin… Czyżby tylko związki mieszane miały szansę na spełnienie w Szwecji i reszcie Europy? Na pewno to diagnoza przesadzona, ale – znów, jak w przypadku „Kebab Connection” – krzyk noworodka, w tym wypadku libańsko-szwedzkiego, przyszłego dziecka Roro i Lisy lub Mansa i Yasmin, mógłby uchodzić za fragment nowego hymnu europejskiego. Powodzenie „Jalla! Jalla!”, co po arabsku znaczy: „Szybko, szybko”, które obejrzało w samej Szwecji ponad 200 000 widzów, świadczy, że ten fragment hymnu może liczyć na akceptację.

Nie jest zwartą komedią, lecz serią komediowych epizodów „Jeden dzień w Europie” Niemca Hannesa Stöhra, który – jak sam wyznaje - „opowiada o różnicach kulturowych, o niuansach naszych mentalności. Chciałem zobaczyć, co się stanie, kiedy rosyjska dusza spotka się z angielskim humorem, kiedy Niemiec z północnego wschodu spotka na Dalekim Wschodzie rodaka z południowego zachodu, a zagadkowy Węgier - hiszpańską radość życia. Zawsze też miałem słabość do tych irracjonalnych francuskich historii miłosnych... z tego wyszła berlińska opowieść, której bohaterami są Claude i Rachida. Chodziło mi o to, żeby uchwycić europejskie stereotypy, przeanalizować je, napuścić na siebie nawzajem i w pewnym określonym punkcie przełamać” (rozmowa z Hannesem Stöhrem wg http://www.stopklatka.pl/). Ten jeden dzień w Europie to dzień święta kibiców piłki nożnej - finał Ligi Mistrzów, który rozgrywają w Moskwie drużyny Galatasaray Istambuł i Deportivo La Coruna. Tego też dnia w czterech różnych miastach dochodzi do dramatycznych incydentów, które rozgrywaja się według tego samego schematu: „przyjeżdżasz gdzieś, zostajesz okradziony, znajdujesz się w trudnym położeniu. I musisz mówić, ale nie znasz języka tego kraju. Sprawy się komplikują, ale zyskują też często humorystyczny wymiar. Powstały cztery proste historie. Brytyjka w Moskwie, Niemiec w Istambule, Węgier w hiszpańskiej Galicji, francuska para w Berlinie. Chciałem zbudować ten film z małych scenek, z chwil, które sam kiedyś przeżyłem. Zawsze interesował mnie motyw europejski, konfrontacja różnych europejskich mentalności.
„Jeden dzień w Europie” to film o chwili obecnej, ale porusza też temat pewnej utopii. Pewnego dnia będziemy mieć Stany Zjednoczone Europy, gdzie znajdzie się zarówno Moskwa, jak i Istambuł. Jak będziemy się porozumiewać? Po hiszpangielsku, czy w anglo-deutsch? Może we franglais albo frallemand? Obstawiam europejski angielski okraszony leitmotiv i kaputt, oraz mise en scene i siestą, z ciao i chill-outem, a także nasdrovje i merhaba” (rozmowa z Hannesem Stöhrem wg http://www.gutekfilm.com.pl/).

„Włoski dla początkujących” Dunki Lone Scherfig, wyznawczyni Dogmy (certyfikat Dogma 95 pojawia się jeszcze przed napisami początkowymi) jest filmem bardzo oryginalnym i wymykającym się jakimkolwiek klasyfikacjom. Jak na komedię za dużo tam pogrzebów, jak na „culture clash” zbyt jednolite narodowościowo środowisko – sami Duńczycy, zaledwie jedna Włoszka, jak na dramat zbyt dużo gagów, nawet jak na twór Dogmy to dzieło zbyt wysmakowane i dobrze fotografowane. Jedno jest pewne – to film o miłości, bo pomimo wybitnie niesprzyjających warunków uczucie triumfuje. To nadzieja, znów, jak hymn nowej Europy.
Scherfig opowiada dzieje kilkorga nienajmłodszych już, ale wciąż młodych Duńczyków-singli. Każde z nich ma swoje miejsce w bogatym społeczeństwie Zachodu. Dobrobyt jednak nie przekłada się na ładną pogodę i radość życia, a unormowany system socjalny na serdeczne stosunki międzyludzkie. Ojciec nienawidzi córki, która poświęca mu swoje życie osobiste, matka terroryzuje emocjonalnie i fizycznie swoje dziecko, bo tylko tak umie radzić sobie z chorobą i uzależnieniem, szef znajduje przyjemność w poniżaniu pracowników itd. Ludzie są dla siebie oschli, ostrzy, często krzyczą na siebie, zdają się nikogo nie kochać i w rezultacie też nikt ich nie kocha. Czyżby obraz dostatniej dekadencji Zachodu? I początek końca? Nie, są jeszcze drogi wyjścia – na przykład lekcje włoskiego to szansa na zmianę szarości egzystencji. Dlaczego włoskiego? Bo to taki europejski stereotyp. Symbol luzu, słońca i miłości (na marginesie, ciekawe, czy zgadzają się z tym stereotypem Włosi? Oni mają własne. Jak choćby ten symbolizowany przez Anitę Ekkberg w „Słodkim życiu” Felliniego). W raju sytego Zachodu, czyli na lekcjach włoskiego w gminnym ośrodku kultury, uczucia międzyludzkie rodzą się powoli, ale systematycznie. Trzeba najpierw przezwyciężyć lęk, a czasem wstręt, poczucie wyobcowania, później odezwać się do kogoś i spróbować kontynuować rozmowę. A jeszcze później może się okazać, że chodzisz na włoski z własną siostrą, albo że nieśmiały przyjaciel kolegi z pracy jest wymarzoną miłością twojego życia, etc. „Ma pani męża? – pada w pewnym momencie filmu pytanie. „Nie, ale uczę się włoskiego”. To początek drogi do szczęścia, do normalnego życia. Abstrakcja, sztuczny twór filmowy? Chyba nie, zwłaszcza, że autorka filmu wyznaje, że „film to efekt relacji, jaką stworzyła między sobą piątka aktorów. Nasza praca opierała się przede wszystkim na improwizacji. Większość scen nie była nigdzie zapisana ani wcześniej przygotowana.(…) Nie interesowało mnie wierne odgrywanie przed kamerą zadanego tekstu. Chciałam, by aktorzy stworzyli postać za pomocą emocji, a tekst roli wymyślali sami. Przez sześć miesięcy żyliśmy razem, kłócąc się i godząc, poznawaliśmy swoje reakcje i emocje w prawdziwych sytuacjach. (…) Jestem bardzo wyczulona na świat realny: autentyczne zdarzenia i prawdziwego emocje. Mam na myśli naprawdę realny świat, a nie coś, co go udaje” (wg materiałów prasowych dystrybutora). Tę szczerość i autentyczność filmu doceniła publiczność m. in. 17. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego (Grand Prix) oraz jury Berlinale 2001, które przyznało „Włoskiemu” Srebrnego Niedźwiedzia, nagrodę FIPRESCI, Jury Ekumenicznego i czytelników „Berliner Morgenpost”.

Charakter dokumentów, mniej lub bardziej inscenizowanych mają dwa filmy Stanisława Muchy, Polaka, urodzonego w Nowym Targu, absolwenta Szkoły Teatralnej w Krakowie oraz HFF/B, czyli Akademii Filmowej Konrada Wolfa w Berlinie, od 1996 r. realizującego w Niemczech bardzo specyficzne i oryginalne filmy. Zadebiutował „Polską pasją” (Polnische Passion, 1996/97), a już trzeci jego film przyniósł mu rozgłos. Mowa o „Absolut Warhola” (2001), który rozpoczyna „europejską trylogię” Muchy. Młody reżyser odkrywa dla kina europejskiego regiony dotąd mało lub całkowicie nieznane, regiony pogranicza polsko-słowackiego, jako miejsca szczególnego, skąd wywodzi się geniusz Andy’ego Warhola, króla amerykańskiego pop-artu i guru światowej sztuki drugiej połowy XX wieku, którego rodzice pochodzili z małej słowackiej wsi Mikowa.
W drugiej części trylogii – „Środku Europy” (Die Mitte, 2004) Mucha podejmuje filmową podróż w celu wyśledzenia i ustalenia właściwego centrum naszego kontynentu. Aż 12 miejscowości rości sobie prawa do tytułu „środka Europy”. Reżyserowi nie wystarczały jednak czysto geograficzne ustalenia i wyliczenia. Mucha nie jest przecież geografem, lecz filmowcem i antropologiem. Jego „road story” jest raczej gorzką i groteskową refleksją na temat „Europy nieznanej” i tym samym – „Europy innej”. „Środek” zawiera portrety mieszkańców regionów w gruncie rzeczy obcych i pogranicznych - w takich krajach, jak Polska i Słowacja, ale też Austria i Litwa, które - paradoksalnie - położone są dokładnie w samym centrum kontynentu. Mucha żartuje, że środek Europy jest nieeuropejski, bliżej mu do Azji, a jeśli stanie się częścią Unii, to zgodnie z cytowaną czeską reklamą (film kręcono w czasie negocjacji przedakcesyjnych): „Do Európskej unie! Ale s holými zadkami…”.
W trzeciej części trylogii – „Reality Shock” (2005) Stanisław Mucha pogłębia swoją refleksję na temat samoświadomości Europejczyków, zawężając jednocześnie teren penetracji obyczajowo-antropologicznej do jednej miejscowości – Hajnówki na białostocczyźnie. Patronem filmu i baru położonego w sercu blokowiska w Białymstoku jest Włodzimierz Ilicz Lenin, którego spiżowe popiersie wieńczy dach knajpy: „Jego nauki są uniwersalne i dzięki niemu możemy wchodzić do Unii Europejskiej”. Mucha pyta cygańskiej wróżki w przeddzień akcesji: „Jak to będzie w tej Unii?”. „Kto jest bogaty, to w Unii będzie bogaty, a kto biedny, biednym zostanie” – słyszymy wróżbę z kart. Dalej akcja rozwija się w szaleńczym tempie: na stacji Białowieża Kolejowa Człowiek z lasu w garniturze i po wizycie u fryzjera strzela z rewolweru do białego niedźwiedzia, który ukradł Leninowi flagę UE. Strzela niecelnie. Miś odchodzi niespiesznie w las. Jak się okazuje, miś to Adaś Popiołek, który w latach 70., jako dziecko, widział UFO w podhajnowskiej wsi Emilcin w gospodarstwie niejakiego Wolskiego. EU w Hajnówce to dzisiaj jak UFO. Niektórzy w nią wierzą, niektórzy nie, pół na pół, jak w aktualnych sondażach.

Powrotem w programie przeglądu do gatunku „culture clash love comedy” (choć ten ostatni człon nazwy można uznać za problematyczny) jest “Offset” (2006), prezentowany w ramach m. in. ostatniego Berlinale, w reżyserii Didiego Danquarta. Film trzymający się blisko, bardzo blisko realiów świata przedstawianego, ze zgrabnie rozgrywającą się fabułą, nie pozbawioną napięcia i zaskakujących zwrotów, świetnie zagrany – jednym słowem perełka. Do tego niezwykle aktualny, gdyż dotykający problemów integracji europejskiej w odniesieniu do najnowszych członków UE – w tym przypadku Rumunii. Film prawdziwy, mądry i odważny w swoich diagnozach. Pozornie to prosta „love story”: młody niemiecki specjalista od maszyn offsetowych w drukarni bossa rumuńskiej prasy kolorowej zakochuje się w sekretarce szefa. Młodzi planują rychły ślub i oczywiście wyjazd do Niemiec, co, jak się zdaje, gwarantuje udany związek i szczęśliwe życia. Cóż więc mogłoby stanąć na przeszkodzie tak świetnie zapowiadającego się romansu i małżeństwa? Pomińmy drobiazgi: chłopak jest bardzo przeciętny, a jego rodzina, która „zaszczyca” swoim przyjazdem uroczystość ślubną, wręcz okropna – drobni mieszczuszkowie ze wschodnich Niemiec, którym nic się w Rumunii nie podoba, stale narzekają i wszystko krytykują (w roli matki znakomita Katharine Halbach). Okazują wciąż swoją wyższość, opartą głównie na fakcie posiadania kart kredytowych. A przecież panna młoda - Brindusa (Alexandra Maria Lara, niezapomniana w roli sekretarki Hitlera w „Upadku”) jest piękną, wszechstronnie wykształconą dziewczyną, a jej ojciec czarującym profesorem uniwersytetu (Valentin Platareanu, prywatnie ojciec Alexandry). To prawda, że ich mieszkanie jest zaniedbane, tak jak i cały Bukareszt, ale przecież to tylko zewnętrzna otoczka. Wygląd ulic szybko się zmienia, wystarczy przypomnieć wygląd dawnego NRD. Nie można na poważnie obrażać się za brak windy czy dziury w jezdni. Nie to jest więc przeszkodą w związku młodej rumuńsko-niemieckiej pary, nie to uniemożliwia spełnienie ich miłości i niweczy powszechnie pożądaną perspektywę spędzeniu reszty życia w ustabilizowanym związku w sytych Niemczech. Przeszkodą jest inna miłość – tak silna, szczera, totalna i ostateczna, że nie cofa się przed wojną, gwałtem wobec innych i w końcu samookaleczeniem. Szef Brindusy (Razvan Vasilescu), starzejący się biznesmen rzuca wszystko, by odzyskać ukochaną i… wygrywa, choć wedle standardów europejskiej poprawności politycznej wydaje się to nieprawdopodobne i niemożliwe. Ale czymże jest poprawność w obliczu prawdziwej miłości?
To dobrze, że taki film nakręcili Niemcy. I nie tylko dlatego, że to oznaka, że Zachód daje Wschodowi prawo do własnej godności w ramach UE, ale także dlatego, że zrealizowano go w Rumunii i z Rumunami, oraz że główną rolę zagrała Rumunka Alexandra Maria Lara (urodzona w Bukareszcie w 1978 r.), która w plebiscycie tabloidu „Bild” zajęła w 2005 r. pierwsze miejsce na liście 50. najpiękniejszych obywateli Niemiec. To mógłby być kolejny fragment hymnu nowej Europy.

Warszawa, marzec 2007

Krzysztof Stanisławski


Post scriptum.
Dla Milana Kundery, Europejczyk to „ten, kto odczuwa żal za Europą”. Dla czeskiego pisarza, od sowiecko-polskiej inwazji na Czechosłowację mieszkającego w Paryżu i tworzącego po francusku, pojęcie Europy nie jest problemem geograficznym, ani meteorologicznym, jak żartował inny wybitny pisarz środkowoeuropejski Peter Handtke, lecz kwestią być albo nie być kultury, ściślej europejskiej jedności kulturalnej. Kundera żałował przedwojennej Europy, która po Jałcie i murze berlińskim skazała Europejczyków na byt rozdzielny. Czy dziś, w dobie rozszerzonej UE wciąż mamy czego żałować? Chyba już nie, jednak pod pewnymi warunkami. Możemy się lubić i kochać, albo nie lubić i nie kochać w Europie, to jeszcze nie grzech. Grzechem natomiast byłoby zwątpienie w istnienie jedności kulturalnej, w której panuje jeśli nie równouprawnienie, to przynajmniej zaciekawienie innością.




Wystawa: "Współczesna ilustracja książkowa w Niemczech"

Wystawa w Lublinie



Współczesna ilustracja książkowa w Niemczech


3.12. – 21.12.2007

Lublin, Dom Kultury LSM, ul. K.Wallenroda 4a, w godz. 8.00 - 20.00

Zapraszamy serdecznie na wernisaż w dniu 3.12.2007 o godz. 18.00
 


Katja Wehner „Hasen pfeifen nicht”


Wystawa, przygotowana wspólnie przez Goethe-Institut i Muzeum Książki Ilustrowanej w Troisdorf, prezentuje na przykładzie 13 wybranych reprezentatywnych publikacji przegląd twórczości ważniejszych niemieckich ilustratorów książek. Obok uznanych na świecie klasyków obecne jest tu młode pokolenie grafików, których prace odzwierciedlają najnowsze tendencje w niemieckiej ilustracji książkowej. Trzynastu twórców poproszonych zostało o wybranie pięciu ilustracji z jednej ze swoich książek oraz krótkie uzasadnienie wyboru. Dzięki temu spotkanie z twórcą staje się bardziej osobiste i bezpośrednie. Współcześni niemieccy ilustratorzy książek prezentują w swoim języku artystycznym szeroki wachlarz stylów i tematów. Ale międzynarodowe uznanie zyskali oni dzięki śmiałemu i oryginalnemu przedstawianiu treści ilustrowanych tekstów. Tworzenie ilustracji powinno sprawiać „zwierzęcą frajdę“, jak scharakteryzował kiedyś Janosch swoją pracę przy użyciu fantazji i ołówka. Inaczej mówiąc – dosłowne odzwierciedlanie tekstu i rzeczywistości wyszło już z mody. Modna jest kreatywność, niepowtarzalność i umiejętność wczucia się w dziecięce widzenie świata.


Wystawa prezentuje prace następujących artystów: Jutta Bauer, Rotraut Susanne Berner, Nadia Budde, Klaus Ensikat, Wolf Erlbruch, Jacky Gleich, Nikolaus Heidelbach, Sybille Hein, Janosch, Karoline Kehr, Axel Scheffler, Philip Waechter i Katja Wehner.

Wernisaż

Wystawę otworzyli uroczyście w dniu 3 grudnia 2007r. Pani Ulrike Drißner, z-ca dyrektora Instytutu Goethego w Warszawie i Jens Lütkenherm, attache kulturalny Ambasady Niemiec w Warszawie oraz Andrzej Zdunek, dyrektor Domu Kultury LSM.

Otwarcie wystawy poprzedziło spotkanie z jedną z autorek wystawy, niemiecką ilustratorką książek dla dzieci, Katją Wehner i polską ilustratorką książek dla dzieci, Krystyną Lipka-Starbałło. Spotkanie poprowadziła Pani dr Aleksandra Markiewicz, opieka medialna WWW.bromba.pl. Na stronach internetowych bomba.pl znajdziecie Państwo informacje o wystawie i ilustratorkach. Zaproszonym gościom oglądanie wystawy uprzyjemniała, grając przepięknie na harfie, Pani Agnieszka Miedzwiecka.


Zorganizowanie wystawy w Lublinie i wernisażu było możliwe dzięki osobistemu zaangażowaniu Pani Ulrike Drißner i sfinansowaniu projektu przez Goethe-Institut w Warszawie oraz życzliwości Prezesa LSM, Pana Jana Gąbki i wsparciu organizacyjnemu dyrektora Domu Kultury LSM Pana Andrzeja Zdunka oraz Pracowników Domu Kultury LSM.


Catering przygotowała Restauracja Koncertowa w Lublinie.


Relacja fotograficzna – zobacz….


Warsztaty z Katją Wehner


W dniach 4,5,6.12. niemiecka ilustratorka książek dla dzieci, Katja Wehner poprowadziła sześć warsztatów dla uczniów i studentów z Lublina. Ponad 4 godzinne spotkania były wspaniałą zabawą zarówno dla uczestników jak i dla referentki. Zapoznanie się z warsztatem pracy ilustratora książek dla dzieci w oparciu o prace przedstawione na wystawie, kreatywne zadania, wymyślanie historyjek w oparciu o własną twórczość, sprawiły uczestnikom sporo radości.


Do udziału w warsztatach zaproszono:


  • klasa niemiecką z V Gimnazjum w Lublinie, fotorelacja.
  • grupę studentów Wydziału Grafiki i Malarstwa UMCS, fotorelacja.
  • grupę uczniów z Zespołu Szkół Plastycznych w Lublinie fotorelacja.
  • uczniów z Dethloff Deutschschule, Szkoły Języka Niemieckiego z grup B1, B2, C1 i C2 fotorelacja.


 

Wspólny projekt Goethe-Institut, Goethe-Zentrum Lublin i Domu Kultury LSM w Lublinie

 



 


Co nowego w sztuce niemieckiej?

Na stronie Goethe Institut Warschau znajdą Państwo informacje na temat jej aktualnych trendów.

© Goethe-Zentrum Lublin Wykonanie: MELLERIST